large small default
baner
Tadżykistan - Tojikiston
  Kraj, Ludzie, Przyroda

Pamir Expedition 2012- relacja PDF Drukuj Email
Doniesienia prasowe
Wpisany przez Paweł Guzek   
poniedziałek, 05 listopada 2012 14:12

Pamir Expedition 2012- relacjaZamieszczamy długo wyczekiwaną relację Magdaleny Prask z wyprawy Pamir Expedition 2012. Zakończona sukcesem wyprawa miała na celu zdobycie dwóch siedmiotysięczników położonych na terytorium Tadżykistanu: Pik Somoni (Komunizma) 7495 m n.p.m. oraz Pik Korżeniewskiej 7105 m n.p.m.

 

26 lipca 2012r.

Lądujemy w Duszanbe – stolicy Tadżykistanu. Jest gorąco. Ale z tego co wiem w Polsce też już upały się zaczynają. Myślę, że temperatura jest porównywalna. Grubo powyżej 35 stopni Celsjusza. Oj zatęsknię jeszcze w górach za tym upałem.

Przylecieliśmy do Duszanbe zgodnie z planem. Jednak już po przylocie okazało się ze w podroży zaginał namiot Jadzi, i co gorsza cały ekspedycyjny plecak Wojtka. Normalnie w takiej sytuacji może można sobie jakoś poradzić, ale nie gdy jedzie się w Pamir gdzie mamy zamówiony helikopter na konkretny dzień i nie możemy czekać.

Ale była też i miłą niespodzianka: konsul stacjonujący na lotnisku miał już nasze papiery (wysłane przeze mnie mailowo do agencji) i uzyskanie wizy poszło bardzo sprawnie – nic nie musimy wypełniać, trzeba tylko uiścić opłatę (wiadomo). Co ciekawe wiza nie zostaje wbita do naszych paszportów. Zbiorowa wiza wystawiona na moje nazwisko zostaje przyklejona na zwykłej kartce papieru. Odtąd będzie to jeden z dokumentów, którego przez całą wyprawę będę strzegła jak oka w głowie.

Z uzyskaniem wizy poszło szybko i już po niedługim czasie wylądowaliśmy na bazarze w centrum Duszanbe. Tutaj zrobiliśmy zakupy spożywcze na pobyt w górach.

Po krótkim spacerze po centrum Duszanbe wkrótce dwoma wynajętymi autami ruszyliśmy w kierunku Jirgital – miejscowości, w której zgodnie z uzgodnieniami jutro ok 7.00 mamy mieć helikopter na Polanę Moskiwna (nasz górska baza). Jirgital jest od Dusznabe oddalony o 310 km, ale podróż po tadżyckich drogach to jednak pewna egzotyka – na pokonanie takiego dystansu potrzeba minimum 6 godzin. Po drodze mijaliśmy niezliczone portrety Prezydenta wywieszone na przydrożnych bilbordach oraz licznych podróżnych na osiołkach. Urocze.

Do Jirgital dojechaliśmy późnym popołudniem. Po krótkim pobycie na lotnisku od razu zainstalowaliśmy się w gastienicy (tutejszym hotelu).

O Tadżykistanie:

Tadżykistan leży w Azji Centralnej i nie ma dostępu do morza. Kraj graniczy z Afganistanem, z Uzbekistanem, Kirgistanem i Chinami. Większość terytorium zajmują góry: Ałtaj i Pamir. Ponad połowa kraju leży na wysokości ponad 3.000m npm. Najwyższym punktem kraju jest Szczyt Ismaiła Somoni czyli Pik Komunizma,
który jest też celem naszej wyprawy. Na terytorium Tadżykistanu występują trzęsienia ziemi.

W kraju mieszka ok. 7,2 mln ludzi, z tego 700 tysięcy w Duszanbe.

Językiem urzędowym jest język tadżycki, ale w powszechnym użyciu jest też język rosyjski.

27 lipca 2012r.

Rano zerwaliśmy się o 6.00 rano i z całym naszym ekwipunkiem uderzyliśmy na lotnisko. Czekamy, czekamy nic się nie dzieje. Z upływem czasu nabraliśmy pewności, że coś jest nie tak i że raczej dziś nigdzie nie wylecimy. Rzeczywiście zaczęły dochodzić do nas takie informacje od miejscowych.

- Nada żdać – ciągle słyszeliśmy.

Cóż było robić – z nadzieją, że helikopter przyleci jutro rano, bagaże zostawiliśmy w pustej sali na lotnisku.

Mając cały dzień do dyspozycji, najpierw poszliśmy do knajpy na tadżycką herbatkę. Po południu cześć grupy zdecydowała się na małą „górską” wycieczkę – celem było górujące nad Jirgital wzgórze, na którego szczycie dumnie powiewa flaga Tadżykistanu.

Jirgital jest położony na wysokości 1.730m npm. Wycieczka ta o tyle miała sen ze zdobyliśmy wzgórek w wysokości 2.300m npm – czyli 500m przewyższenia …

Jutro czeka nas kolejny dzień i zobaczymy co z naszym helikopterem. Czy w końcu ruszymy w góry? Bo już się doczekać nie możemy!

28 lipca 2012r.

Nadal jesteśmy w Jirgital. Dziś helikopter też nie odleciał.

Jirgital to dziura, w której niewiele jest możliwości spędzenia czasu: jest bazar, jest kilka sklepów i knajp, jest muzeum. A najlepiej po prostu pochodzić sobie po okolicznych wzgórzach. Tak też i dziś zrobiliśmy. Weszliśmy na jedną z licznych gór - ok. 2.600m npm. Może to niewiele, ale lepsze to niż nic.

Gdy nie „trenujemy” to siedzimy w miejscowej knajpie i zajadamy plav zagryzając lepioszką czyli tutejszym okrągłym chlebkiem.

Już trzeci dzień siedzimy w Jirgital i pomału przestaje to być zabawne – ten czas powinniśmy spędzać w bazie aklimatyzując się… Każdego dnia mamy nadzieje, że jutro nareszcie stad wylecimy.

I każdego dnia biorę ostatni prysznic…

29 lipca 2012r.

Jak każdego dnia o godzinie 7.00 stawiamy się na lokalnym lotnisku z nadzieją na wylot. Wczoraj już nawet przyjechała cysterna z paliwem co zapowiadało odlot helikoptera, a jednak lot się nie odbył. Wiec gdy dziś po raz kolejny zobaczyliśmy cysternę z paliwem, nie zrobiło to nam nas żadnego wrażenia. Nie uwierzymy dopóki nie zobaczymy…

Poza nami na lotnisku zjawili się i inni wspinacze. Deja ve  – tak było tez wczoraj. Wszyscy siedzimy i wpatrujemy się w niebo z nadzieją. Wreszcie słyszymy ten boski dźwięk. Jest. Leci. Wylądował.

Połowę dnia zajął transport ładunku i ludzi. My znaleźliśmy się na liście ostatniego rejsu… Ważne jednak że już odlatujemy z Jirgital. Jirgital, w którym ponadplanowo utknęliśmy na 3 dni. Jak się potem dowiedzieliśmy „sytuacja” z helikopterem (jego brak w dniu, w którym m iał lecieć) związana była z zamieszkami w południowym Pamirze. Wojsko potrzebowało maszyny do opanowania konfliktu – taką historię nam sprzedała agencja, ale czy tak było naprawdę? …

Lot nad górami Pamiru trwał 20 minut i obfitował w piękne widoki.

Wylądowaliśmy na zielonej polanie. Baza, w której będziemy „mieszkać” znajduje się na wysokości 4.200 m npm. Ta wysokość zrobiła swoje już pierwszego dnia: już wieczorem część osób z naszej grupy cierpiała na ból głowy. Ja, na szczęście, czuję się rewelacyjnie.

30 lipca 2012r.

Od razu chcę iść w góry. Czuję się świetnie po nocy spędzonej na 4.200m npm. Jednak wysokość już dokonała naturalnej selekcji w naszej 9-osobowej grupie – powstały dwie podgrupy:

- ci, którzy czują się dobrze i wyruszą dziś do Obozu 1 na wys 5.100m npm: Lukasz, Edek, Piotr, Wojtek i ja

-  ci, których boli głowa i mają inne objawy choroby wysokościowej – zostają w bazie kolejny dzień aby lepiej się zaaklimatyzować  – Dorota, Paweł, Jadzia i Michał

Nasza podgrupa wyrusza ok 9.00 z Bazy. Droga do Obozu 1 prowadzi początkowo przez nieciekawy lodowiec. Wygląda on niepozornie, ale jest zdradliwy. Na czarnych kamyczkach, które cienką warstwą pokrywają lód bardzo łatwo stracić równowagę. Ja idąc bez raków niemal na początku zaliczam poślizg idąc bez raków i leje się krew – pokaleczyłam sobie prawą dłoń – Słowacy poratowali mnie plastrami. Nic wielkiego się nie stało, ale chodziło o to by nie zanieczyścić poobdzieranych miejsc.

Po przejściu lodowca idziemy osuwającym się piargiem, gdzie każde dwa kroki w górę wiążą się z jednym krokiem osuwania się w dół. Ciężko. Zwłaszcza ten pierwszy raz.

Naszym celem było wynieść depozyt jak najwyżej. Mieliśmy iść do 14.00 i po złożeniu depozytu zejść do Bazy. Ale tak nam dobrze poszło, ze nawet się nie zorientowaliśmy jak doszliśmy do samego Obozu 1. Postawiliśmy dwa namioty i zeszliśmy na noc do Bazy.

31 lipca 2012r.

Wypoczywamy w Bazie. Druga część naszej grupy idzie dziś do Obozu 1 i będą tam nocować.

1 sierpnia 2012r.

Zaczynamy aklimatyzację na serio. Mamy w palnie zakładać po kolei poszczególne obozy wysokościowe. Potem chcemy zejść do Bazy na wypoczynek. Oczywiście gdzie uczestników pięciu tam pomysłów tyle samo. Każdy miał inną koncepcję jak wysoko wyjść w fazie aklimatyzacji, ile obozów założyć i ile razy schodzić do Bazy jeszcze przed atakiem szczytowym.

Mój pomysł, który miałam od początku był taki: jak najmniej chodzenia góra-dół, w fazie aklimatyzacji wyjść maksymalnie do Obozu 3, resztę robić już w drodze na szczyt… Nauczona doświadczeniem wielu wypraw wysokogórskich i wyprawy na Mount Everest wiem, że trzeba znaleźć złoty środek między aklimatyzacją, a utratą sił/energii wydatkowaną na wychodzenie. Owszem, jak ktoś ma niespożyte zasoby energii to może, ale ja do takich osób nie należę. Nie mam sił wołu i muszę racjonalnie tym gospodarować. Zresztą zawsze powtarzam: „Nie wystarczy mieć w nogach. Trzeba mieć jeszcze w głowie”. To drugie jest dużo ważniejsze. I jeszcze nie raz podczas tej wyprawy przekonałam się o prawdziwości tych słów.

Idziemy do Obozu 1. Znam już tą drogę – tym razem na przejście lodowca zakładam raki. Drugi raz trasę po piargach już pokonuje się łatwiej. Zajmuje mi to – z ciężkim plecakiem – 4 godziny.

Nocleg na 5.100m npm. Bardzo dobrze spałam. I nawet ciepło mi było. Nadal nie mam objawów choroby wysokościowej.

2 sierpnia 2012r.

Grupa dobrze się czyje wiec ruszamy wyżej. Niestety do Obozu 1 słońce dochodzi późno. Dopiero po 9.00. Czekamy na promienie słoneczne, ale okazuje się to dużym błędem. Droga do Obozu 2 po roztopionym śniegu okazuje się katorgą.

Na wysokości 5.100m npm jest tzw. „niższa jedynka”. Na 5.300m npm jest tzw. „wyższa jedynka”. Do tego miejsca szło mi się super. Ale powyżej zaczyna się strona śnieżna ściana, której pokonanie okazało się bardzo trudne po roztopionym śniegu. Nawet ja się zapadałam po kolana. A Piotr idący za mną w ogóle nie był wstanie iść. Co chwila zapadał się tak głęboko,że nie był w stanie wyjąć nogi spod rozmokłego śniegu. Musiał wtedy czekanem i kijkami odkopać swoja nogę i wtedy dopiero możliwy był kolejny krok, który niestety kończył się tak samo – odkopywaniem nogi spod śniegu.

Wykończeni tego typu wspinaczką Piotr i Edek rozbili swój namiot w”niższej dwójce” na 5.700m npm. Ja, Lukasz i Wojtek poszliśmy do wyższej dwójki na wys 5.800m npm gdzie spędziliśmy noc.

3 sierpnia 2012r.

W nocy zimno. Rano zimno. Mój śpiwór PAJAK na ekstremalne zimno sprawił się nieźle. Zanim się odważyliśmy wyjść ze śpiworów i zaczęliśmy gotować to wyszliśmy dopiero po 9.00. Naszym celem było wyniesienie depozytu / wyjście aklimatyzacyjne do Obozu 3 na wys 6.100m npm. Trasa prowadzi po stromym zboczu, trzeba bardzo uważać aby się nie ześlizgnąć. Bo jest gdzie spadać… To już duża wysokość i idzie się ciężko. Jesteśmy sami na drodze. Śladów jest niewiele, bo niewielu wspinaczy doszło już tak wysoko jak my. Wyjątkiem jest tylko zespół rumuńsko-brytyjski, który po aklimatyzacji na Piku Lenina już zdobyli szczyt i właśnie idąc do Obozu 3 spotkaliśmy ich schodzących. Och jak fajnie, oni już maja to za sobą.

Dzień pracowity, zadanie wykonane. Gdy dochodziliśmy do Obozu 3 pogoda się załamała. W zamieci śnieżnej i bardzo małej widoczności wróciliśmy szczęśliwie do Obozu 2, gdzie przenieśli się z namiotem Piotr i Edek.

4 sierpnia 2012r.


Zrobiliśmy co było do robienia i dziś schodzimy do bazy na wypoczynek. Rano bierzemy co potrzebne ze sobą, ale większość sprzętu zostawiamy w namiocie.

Pomału schodzimy do Obozu 1 gdzie aklimatyzuje się reszta naszej grupy i kontynuujemy zejście do bazy.

Całą drogę pada śnieg. Pogoda jest na prawdę fatalna. Wygląda na to, ze dobra pogodę wykorzystaliśmy super. Załamanie pogody przeczekamy w bazie – wypoczywając.

5 sierpnia 2012r.

Ostatnie dni tylko o tym marzyłam Wzięłam gorący prysznic (5 EUR) i narodzilam sie na nowo.

W ramach wypoczynku i rekonwalescencji zafundowałam sobie w bazie obiad za 15 EUR – muszę teraz przez te dwa – trzy dni (zależy od pogody) się zregenerować i  nabrać sił, bo będą mi one bardzo potrzebne.

Ci co byli na szczycie mówią, ze zdobycie Piku Korzeniewskiej jest w tym roku bardzo trudne. Nie ma poręczówek (są przysypane śniegiem / zupełnie niewidoczne), a po przejściu niebezpiecznej grani (tej bez poręczówki) jest bardzo dużo śniegu – duże fragment trzeba torować w śniegu po pas i głębszym. Trochę przestraszyły mnie te opowieści. Ale nic będziemy „brać tego byka za rogi”.

Pogoda dziś fatalna. Zachmurzenie duże, ciągle pada śnieg (jeszcze więcej śniegu). W tej sytuacji cały dzień spędziłam w bazowej stołówce słuchając co mówią ludzie – co wiedza o drodze na szczyt i jaką mają strategię aklimatyzacyjną…

6 sierpnia 2012r.

Kolejny dzień restu. Pogoda fatalna. Pranie, które zrobiłam zamarzło, pokryło się śniegiem I zesztywniało…

Jutro pogoda ma się poprawić I ma być lepsza przez kilka następnych dni. To nasz czas. Jutro starujemy do góry. Po kolei Obóz 1, Obóz 2, Obóz 3, trudna gran skalno-śnieżna, Obóz 4, w nocy atak szczytowy, nocleg w Obozie 4, Obóz 2 lub Obóz 1 I do bazy na rest. Taki jest plan.

Najważniejsze ze wszyscy dobrze się czujemy. Humory dopisują.

A tymczasem na stokach Piku Somoni / Komunizma walczą inni wspinacze. Między innymi zaprzyjaźnieni z nami Ekwadorczycy. Dwóch facetów rodem z Quito (ach ta ich „wrodzona aklimatyzacja” bowiem Quito jest usytuowane powyżej 2.800m npm) wyszło dziś zdobywać Pik Komunizma. Zabrali ze sobą wszystko co niezbędne na dłuższy pobyt w górach i wrócili do Bazy jeszcze tego samego dnia. Ledwo żywi. Z szokiem w oczach. Okazało się, że w drodze do Obozu 1 porwała ich lawina z oberwanego seraka. Poturbowała ich i porwała dużo ich sprzętu. Ci jednak szczęśliwi, że żyją wrócili do Bazy i już na Pik Komunizma więcej nie mają zamiaru iść.  Takiego ostrzeżenia nie chcieli lekceważyć….

Mało kto może zrozumieć co czuje człowiek, który wyślizgnie się śmierci. Oczywiście ja też nie mogę wczuwać się w ich sytuację – choć w drodze na Mount Everest sama byłam blisko lawiny, która na moich oczach porwała idących tuż przede mną Węgrów. Jeden z nich był doświadczonym himalaistą. Zginął na miejscu.

7 sierpnia 2012r.


Zwarta i gotowa rano czekałam na wyjście. Spakowałam się już wczoraj. I choć ranek był bardzo słoneczny to ok.10.00 pogoda się załamała i z wyjścia nici. Chcąc nie chcąc kolejny dzień odpoczynku w bazie.

Sytuacja ma swoje dobre strony. Na spokojnie zrobiliśmy sobie pyszne śniadanie. Łukasz wyciągnął swoje rarytasy i mieliśmy ucztę królów: zielony ogórek, papryka, pomidor, polska suszona kiełbasa, salami…

W okolicach „szklarni” od południa twa wielkie gotowanie plov’u. To typowa tadżycka potrawa na bazie ryżu i warzyw. Mimo, że nie stołujemy się w agencji, na ucztę z plov’em zostaliśmy zaproszeni. Wszyscy, którzy są w bazie.

Wieczorem z góry zeszli Paweł, Dorota, Jadzia i Michał. W naszym obozowisku zrobiło się znowu gwarnie.

8 sierpnia 2012r.

Nareszcie. Wychodzimy w góry. Umówiliśmy się, że wymarsz robimy o 11.00. Ale o tej godzinie tylko ja byłam gotowa. Nie chciało mi się już dłużej czekać i oczywistą trasą ruszyłam. Najpierw do „szklarni” by wpisać naszą grupę do księgi wyjść. Potem ruszyłam przez lodowiec i dalej oczywistą trasą… To już kolejne podejście tą trasą  i aklimatyzacja już nieporównywalnie lepsza. Z bazy do Obozu 1 na 5.100m npm doszłam w 3 godziny i 40 minut. Nie jest to rekord świata, ale dużo lepszy to czas niż przy ostatnim podejściu.

Namioty już stały, więc gdy tylko przyszedł Łukasz zaczęliśmy gotować i tak już nam dzień upłynął do wieczora.

9 sierpnia 2012r.

Nie najlepszy to dla mnie dzień. Od rana boli mnie brzuch i ledwo słaniam się na nogach. A tu trzeba napierać.

Wiedziałam, że dziś moje tempo będzie słabe. Ale żeby przeciwności było mało to okazało się, że Obóz 2 zmienił swoją lokalizację. Idąc za Rosyjskimi wspinaczami doszłam do zupełnie innego miejsca, niż to w którym zostawiliśmy nasze namioty i depozyty. Nie było wyjścia musieliśmy po dość lawiniastym, zupełnie nieprzetartym zboczy podejść do naszego Obozu 2 – bo to tam były nasze namioty. Oj ciężkie to było podejście. Na miejsce dotarłam ledwo żywa.

10 sierpnia 2012r.

Koszmarna noc. Moje dolegliwości nie ustają. Od chłopaków otrzymałam niespodziankę. Mam ponieść do Obozu na 6.400m npm namiot. Od bazy aż do teraz nikt z nas nie niósł namiotu (bo zostały one wyniesione wcześniej w fazie aklimatyzacji). Teraz do przeniesienia są dwa namioty: jeden niósł Piotr, a drugi miałam nieść ja. Takie to miłe docenienie mojego wysokogórskiego doświadczenia i siły. Czterech facetów (Edek, Piotr, Łukasz i Wojtek) i ja, jedyna dziewczyna w grupie….

Przejście do Obozu 3 ma 6.100m npm, które kilka dni temu zajęło nam trzy godziny teraz po opadach śniegu i z maksymalnym obciążeniem zajęło nam dwa razy więcej czasu. Gdy doszłam na przełęcz zdecydowałam, że dalej nie idziemy. Byłam wykończona tym dźwiganiem i swoim bólem brzucha. Skoro jutro mamy atakować szczyt, to ja sobie nie wyobrażam teraz jeszcze iść dalej do Obozu 4. Poparł mnie Edek i przychylił się do tego Łukasz. Postanowione.

Rozbiliśmy nasz namiot na niewielkiej półce z  widokami na Pik Komunizma.

11 sierpnia 2012r.

Rozbici obok nas Francuzi ruszyli z Obozu 3 na szczyt. My na razie przenieśliśmy się do Obozu 4.

Droga do Obozu 4 wiedzie bardzo wąską, miejscami bardzo stromą granią (na pierwszym odcinku była poręczówka założona dosłownie wczoraj przez przewodnika z agencji Seven Summit).

W sumie nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie ma być nasz obóz. Ostatecznie zamiast na wysokości 6.400m npm nasze namioty stanęły na 6.300m npm – a to tylko dlatego, że nie mieliśmy wysokościomierza i widząc dogodne miejsce uznaliśmy, że to chyba tu. Wprawdzie mieliśmy wątpliwości, bo coś za szybko tu doszliśmy, ale pogoda się załamała, zaczęło śnieżyć i nie było już czasu na dalsze dywagacje. Grunt to schować się w namiocie i nie moknąć. I jak to zwykle z moją intuicją bywa: dobrze, że wczoraj tu nie doszliśmy i dziś nie wyszliśmy na atak szczytowy – bo pogoda cały dzień była koszmarna.

W Obozie 4 obok nas rozbili się Rosjanie. Będzie nam raźniej z nimi.

12 sierpnia 2012r.


Piękny poranek. Dzień ataku szczytowego. W planie mieliśmy wyruszyć o 5.00, ale jak zwykle w górach drobne czynności zajmują więcej czasu niż by się wydawało i ostatecznie wystartowaliśmy ok 6.00. Ledwo ruszyliśmy i zaraz dogoniło nas dwóch Rosjan. Okazało się, że jeden z nich jest przewodnikiem. To on w wytyczył nam drogę na szczyt i to on przecierał drogę. Za nim podążał Wojtek, Piotr i Łukasz… Im dalej było się w kolejce tym już lżej się szło. Oczywiste. Choć  wiadomo – i tak było ciężko….

Na szczycie Piku Korzeniewskiej (7.105m npm) stanęłam o godzinie 12.40. Tego dnia na szczycie stanęło wielu wspinaczy. Poza naszą piątką na szczycie Piku Korżeniewskiej biesiadowali z nami: 3 Rosjan, Grek, trzech zaprzyjaźnionych Polaków ze Szczecina i Michał (który odłączył się od Pawła, Doroty i Jadzi).

Na szczycie wszyscy razem spędziliśmy ok pół godziny (jedni dłużej inni krócej z oczywistych względów).

Wszyscy bezpiecznie dotarliśmy do naszych namiotów. Wojtek, który w Obozie 4 był wcześniej czekał na resztę z gorącą herbatą. To miłe.

Swoje wejście na szczyt Piku Korżeniewskiej dedykuję mojemu bratu i jego żonie Marcie – których ślub odbył się wczoraj.

13 sierpnia 2012r.

z certyfikatem zdobycia szczytu Piku Korżeniewskiej

Po noclegu w Obozie 4 zeszliśmy bezpośrednio do Bazy. Po drodze likwidowaliśmy część namiotów w poszczególnych obozach („dwójce” i w „jedynce”) zabierając też niewykorzystane depozyty i śmieci. Oj ciężko, bardzo ciężko się schodziło z plecakami obciążonymi do granic możliwości.

Wszyscy byliśmy zmęczeni, ale totalnym pechowcem okazał się Michał. Najpierw wywrócił się ponad Obozem 1. Wpadł w taki poślizg, że widziałam jak się total

nie przekoziołkował z plecakiem. Ale się sam pozbierał. Krótki odpoczynek w Obozie 1, gdzie nastąpiło dalsze obciążenie bagażu i ruszyliśmy na dół. Chłopaki jak zwykle ruszyli z kopyta nie oglądając się na innych. Dawno już straciłam z oczu Łukasza, Wojtek właśnie zniknął za granią i schodzi do kolejnego żlebu gdy słyszę krzyk, jakby zawodzenie. Oglądam się, a to Michał siedzi na ścieżce daleko za mną w tyle i zawodzi. W okolicy byliśmy tylko ja i chłopak z Grecji. Zostawiłam plecak i razem z Grekiem ruszyłam do Michała zobaczyć co mu jest. Okazało się, że na jednym z chybotliwych kamlotów stracił równowagę, upadł i się poobijał. Na szczęście nic sobie nie złamał. Sympatyczny Grek przez kilkadziesiąt metrów najpierw niósł plecak Michała, a potem wracał po swój. Ja byłam za tym by zostawić plecak i wrócić po niego jutro. Ostatecznie jednak Michał spróbował iść dalej ze swoim obciążeniem i jakoś doszliśmy do Bazy…

14 sierpnia 2012r.

Dzień zasłużonego odpoczynku w Bazie. Obowiązkowy prysznic i pranie, które do wyschnięcia wywiesiłam na stylowym trzepaku. Większość czasu spędziłam dziś w „szklarni” rozmawiając m.in. z Sirxan z Azerbejdżanu. Moja znajomość z Sirxan’em to dowód na to, że świat jest mały. Sirxan ze swoimi kolegami z Azerbejdżanu był w zeszłym roku na Piku Leniana. W tym samym czasie kiedy ja tam byłam. Masze drogi krzyżowały się wielokrotnie, ale nie mieliśmy ze sobą większego kontaktu. I dopiero teraz na Polanie Moskwina się rozpoznaliśmy. Pamiętaliśmy siebie z zeszłego roku. Fajne są takie górskie znajomości.

Zresztą to właśnie od Sirxan’a dowiedziałam się, że za dwa dni wszystkie zainteresowane wyprawy ruszają na Pik Komunizma. Chcą zaatakować jako duża grupa, bo tylko w wieloosobowej drużynie jest szansa na przetarcie głębokiego śniegu, który jest na trasie spodziewany.

To właśnie mój Azerski kolega zaprosił mnie bym do nich dołączyła gdybym nie miała z kim iść. Zaoferował nawet miejsce w ich namiocie (jest ich trzech i mają dwa dwuosobowe namioty). Wtedy nawet nie wyobrażałam sobie, że jego propozycja może okazać się prorocza…

Od razu podzieliłam się informacją o masowym starcie na Pik Komunizma z moją grupą. Właściwie dla mnie było bezdyskusyjne, że musimy ruszać z wszystkimi. W grupie siła. W tej dużej grupie mamy jakieś szanse.

15 sierpnia 2012r.

Jeszcze w nocy na Pik Komunizma wyruszył Henry z USA, który na Pik Korżeniewskiej (po wcześniejszej aklimatyzacji) wszedł za jednym razem prosto z Bazy (bez noclegu po drodze). Mocny zawodnik. Tym bardziej szkoda, że po południu pojawił się w Bazie ledwo żywy ze strachu. W drodze do Obozu 1 wpadł w szczelinę i cudem się z niej wydostał. Ma już dosyć. Wrócił do bazy i więcej próbować nie będzie.

Wypadek Ekwadorczyków z lawiną (kilka dni temu) i teraz Henrry’ego ze szczliną śnieżną spowodował, że na wszystkich którzy w planach mieli wejście na Pik Komunizma padł blady strach. Ta góra jest przerażająca. Jak się okazuje droga na szczyt to istna „rosyjska ruletka”. Komu się uda? A komu się nie uda? ….

Ja jednak nie odpuszczam. Cały dzień szykowałam się do jutrzejszego wyjścia. Organizowałam sprzęt, segregowałam jedzenie, pakowałam się. I tym bardziej zdziwiła mnie a wręcz rozbawiła wieczorna rozmowa, którą zainicjował Wojtek. Wspomnienie tego monologu rozbawia mnie za każdym razem gdy sobie tą sytuację przypominam.

W sposób dość formalny Wojtek zaprosił nas do rozmowy: Edka, Piotra, Łukasza, Michała i mnie. Nie jest dla mnie zrozumiałe dlaczego czuł się do tego upoważniony, ale zaczął wyrażać swoją opinię o niektórych z nas (w tym o mnie) jakby chciał zdecydować kto może, a kto nie może iść na Pik Komunizma. Dziwna sytuacja biorąc pod uwagę, że jego doświadczenie wysokogórskie jest nie mniejsze nie tylko od mojego…. Było to o tyle zabawne zdarzenie, że po wyrażeniu swojego monologu oświadczył, że on na Pik Komunizma raczej nie chce iść, bo się boi. Słysząc to, w te same klimaty uderzył Michał, który stwierdził, że czuje się usatysfakcjonowany zdobyciem Piku Korżeniewskiej i Łukasz, który raczej wolałaby w tym czasie zwiedzać Tadżykistan. Byłam w szoku.

Nie chcąc kontynuować tego dziwnego spotkania wyraziłam zdziwienie (w końcu wyprawa od początku miała za cel zdobyć dwa szczyty, a na ile są one trudne trzeba było się zorientować jeszcze przed wylotem z Polski) i zarazem dodałam, że ja na Pik Komunizma idę tak czy owak. Wiem, że Pik Komunizma jest straszną górą. I ja też się jej boję. Nie poddam się jednak w bazie. Mogę się wycofać na trasie, gdy góra okaże się ponad moje siły, ale nie teraz. Tu? W bazie? Nie ma mowy!

Na szczęście takie samo zdanie na ten temat miał Edek (druga i jedyna obok mnie osoba z doświadczeniem himalajskim). Wiedziałam więc, że w trójkę (jeszcze z Piotrem) na pewno rano wyruszymy.

16 sierpnia 2012r.

W nocy kiepsko spałam. Boję się Piku Komunizma. Bo wiem, że różnie może być po drodze….

Trudno mi powiedzieć co się w nocy stało, ale o 6.00 rano gotowi do wyjścia byli wszyscy, łącznie z wczorajszymi „dezerterami”. Fajnie, że sobie chłopaki przemyśleli sprawę. Bo niefajnie byłoby gdybyśmy my (Edek, Piotr i ja) weszli na Pik Komunizma, a oni w tym czasie wpatrywali by się w szczyt z Bazy. Na pewno by tego potem żałowali… A tak to chociaż zawalczymy.

Wszystkie ekspedycje z bazy ruszyły niemal punktualnie o 6.00. Głownie grupy z Rosji, ale też Niemcy, Białorusini, Azerowie, wspinacz z Luksemburga, z Czech.Razem 22 osoby.

Nam zebranie się zajęło trochę więcej czasu… Na starcie zrobiliśmy sobie „grupowe zdjęcie”. Pamiątkowe…. I też wyruszyliśmy ok. 7.00 jako ostatni atakujący. Najpierw ok. godzinę szliśmy wzdłuż lodowca, potem lodowiec należy przekroczyć i wchodzi się pod blisko dwukilometrową, niemal pionową ścianę, którą wieńczy Pamirskie Palto. Z dołu Pamirskie Plato oczywiście jest niewidoczne i teraz nawet trudno mi sobie wyobrazić jako ono tam wygląda. To co widzę jest jednak przerażające. Nad nami skalno-lodowa ściana zarośnięta serakami, które w każdej chwili mogą się na nas zwalić i zabić (w najlepszym wypadku to co przydarzyło się Ekwadorczykom, ale oni mieli naprawdę kolosalne szczęście). U podnóża ściany widać liczne lawiniska – znaki po lawinach, które już zeszły. Niektóre „odłamki” śnieżno-lodwoe mają wielkość lodówki. Uderzenie takim „pociskiem” skończyłoby się tragicznie. Żeby jednak nie było tak prosto, teren ten skrywa też szczeliny śnieżne, które zakryte śniegiem teoretycznie powinny być bezpieczne wcześnie rano. Ten teren to loteria. Swoje życie i zdrowie tutaj zostawia się losowi. I albo ktoś się na to decyduje i idzie dalej, albo musi się wycofać.

Niebezpieczny teren trzeba pokonać jak najszybciej. Każdy z naszej 28-osobowej grupy (22 + nasza szóstka) we własnym zakresie skupia się na każdym kroku by jak najszybciej pokonać ok 200-metrowy trawers. Byle dojść do kamienistej grani…. która jak się potem okazało ma swoje własne elementy nie mniejszego ryzyka. Choć skalna grań była ubezpieczona na dużych fragmentach poręczówką i daje to złudne poczucie bezpieczeństwa, to właśnie tam mogło dojść do tragicznego wypadku z moim udziałem. Idąc za jednym ze wspinaczy, w odległości jednej poręczówki (jest zasada, że na poręczówce powinna być w danym momencie tylko jedna osoba- – by nie obciążać liny nadmiernie), nagle usłyszałam, że zwala się na mnie kamienista lawina. Wspinacz powyżej, przez nieuwagę strącił kamień, który spowodował dość znaczne osuwisko. W efekcie poleciały na mnie potężne głazy. Gdyby nie fakt, że w danej chwili byłam akurat w pobliżu wielkiej skały, toczące się na mnie głazy w najlepszym przypadku zmiażdżyłyby mi nogi. Na szczęście skupiona na tym co się dzieje dookoła i dzięki uważnemu wspinaczowi, który krzyknął w dół: „Kamień” odskoczyłam na długość mojej lonży w bok i schowałam się za skałę…. Ale tego typu sytuacje na prawdę często się w górach zdarzają. Wiele wspinaczy ginie właśnie od uderzenia kamienia strąconego z góry przez nieuważnego innego. A niejednokrotnie kamienie spadają samoczynnie lub dzięki spacerującym kozicom (taką lawinę kamienną przeżyłam już w Alpach wchodząc na szczyt Dom). Zresztą spadające kamienie są jednym z największych ryzyk przy wspinaczce na Matterhorn.

Na szczęście wszyscy do Obozu 1 na 5.300m npm dotarli w jednym kawałku. Będąc w Obozie wcześnie zabrałam się do kopania platformy pod namiot. Godzina przerzucania śniegu łopatą na tej wysokości robi swoje… Można się porządnie zmęczyć. Na szczęście niedługo przyszedł Łukasz z naszym namiotem i już za chwilę mogliśmy wyciągnąć nogi w pozycji leżącej z pięknym widokiem na widoczną w dole Bazę i górujący nad nią Pik Korżeniewskiej.

17 sierpnia 2012r.

Coś słabo jesteśmy zorganizowani. Było wiadomo już wczoraj, że wszyscy wychodzimy o 7.00. Jednak jakoś znowu nam to nie wyszło i Obóz 1 opuściliśmy z Łukaszem jako jedni z ostatnich (za nami już tylko nasi polscy koledzy). Nie minęło jednak wiele czasu a pod pierwszą krótką poręczówką dogoniliśmy resztę grupy. Bo minusem poręczówek jest to, że prawie zawsze pod liną tworzą się korki. I przy naszej liczebnej ekspedycji też tak się porobiło.

Na trasie do Obozu 2 najpierw trzeba podejść na wysokość 6.100mnpm by potem zejść z wysokością o 300 metrów. Droga jest urozmaicona ukrytymi szczelinami śnieżnymi i kilkoma zwisającymi serakami. Trzeba uważać, ale odcinka tego nie nazwałabym trudnym. Jako, że byliśmy jednymi z ostatnich wspinających się (na końcu kolejki) śnieg był już przetarty – po wyrobionych śladach szło się dość sprawnie.

Przez większość dnia mieliśmy piękną pogodę. Ale ledwo doszliśmy na skraj Pamirskiego Plato (na 6.100m npm) pogoda się załamała, zaczął sypać śnieg i widoczność spadła na tyle, że ledwo widziałam kogoś kto szedł kilka metrów przede mną. Na szczęście byłam już blisko Obozu 2.

Pamirskie Palto niestety nie okazało się dziś zbyt gościnne. Więc szybko rozbiliśmy nasz namiot i resztę dnia już spędziliśmy na gotowaniu i leżeniu.

18 sierpnia 2012r.

Z uwagi na fakt, że wczoraj wyszliśmy z Obozu jako jedni z ostatnich, dziś z Łukaszem postanowiliśmy staną na wysokości zadania. Grupowe wyjście planowane było na 7.00 i o tej właśnie godzinie ruszyliśmy przecierać drogę. Szliśmy jako pierwsi. Ale niestety nie trwało to zbyt długo. Moje tempo okazało się za słabe i wkrótce zostałam wyprzedzona…

Dziś pogoda z rana piękna. Widok na Pamirskie Palto powala. Przypomina raczej Antarktydę, niż góry. Duży, płaski, śnieżny teren. Po przejściu Pamirskiego Plato wdrapaliśmy się na zbocze Piku Duszanbe i zaczęło się mozolne wspinanie – zdobywanie wysokości. Dziś z 5.800m npm musieliśmy podejść na 6.900m npm. To bardzo duża różnica wzniesień i było ciężko. Co rusz ktoś z grupy przysiadał na boku by odpocząć. A im byliśmy wyżej tym odpoczywający przystawali częściej…. Widać było, że grupa słabnie. Gdy zaczęło robić się późno i dodatkowo pogoda się załamała było wiadomo, że musimy się rozbić jak najszybciej – gdzie tylko miejsce będzie właściwe. I tak też zrobiliśmy. O 19.00 zaniechaliśmy dalszej wspinaczki i Obóz 3 postawiliśmy na wysokości nieco poniżej 6.000m npm. Byle tylko już postawić namiot i jeszcze choć trochę odpocząć przed jutrzejszym atakiem szczytowym.

Gdy już kładłam się do namiotu byłam wykończona. Trudno mi sobie wyobrazić co będzie jutro. Skąd zebrać siły na jutrzejszy atak szczytowy?

19 sierpnia 2012r.


Fatalnie spałam. W nocy było bardzo zimno i cały czas wiał silny wiatr, który targał naszym namiotem. Słychać było jak nawiewany śnieg uderza o nasz „domek”. Gdy o 4.00 zaczęliśmy się organizować, wciąż nie byliśmy pewni czy w ogóle wyruszymy na szczyt. Dla mnie było jasne, że jednak trzeba spróbować, ale wiedziałam też że sama tam nie pójdę. Zbyt wysokoa stawka. Czekaliśmy więc gotowi do wyjścia w namiocie i patrzyliśmy co postanowią inni. Na szczęści Sirxan i jego przyjaciele z Azerbejdżanu powiedzieli, że ruszają.

Choć może wolałabym by grupa się wycofała? Przynajmniej byłabym usprawiedliwiona, że nie miałam z kim iść. Teraz będąc tu na 6.900m npm, po nieprzespanej nocy, zmarznięta, wymęczona wczorajszą wspinaczką ponad siły, musiałam odnaleźć w sobie jeszcze motywację do dalszego marznięcia i większego wysiłku.

Moment wyjścia z namiotu był dla mnie straszny. Od razu uderzył we mnie bardzo silny lodowaty wiatr. W tym momencie po raz pierwszy w życiu poczułam, że wystawiam się na realne zagrożenie związane z odmrożeniami. Miałam fantastyczną odzież na sobie, super puchowe rękawice, a mimo to już po kilku minutach marszu czułam, że przemarzam. I co będzie dalej. – Czy uda mi się ocalić palce? Ile wytrzymają? Może się uda bez strat? – cały czas po głowie kołatały mi się takie myśli. Z każdym stawianym krokiem machałam w butach palcami u nóg i zaciskałam w pięści dłonie. Wszystko by usprawnić krążenie krwi. Nie chciałam nawet myśleć co będzie dalej, wraz z wyższą wysokością i w bardziej eksponowanym terenie.

I znowu okazało się, że trudno ocenić gdzie leży ta granica, w której już należy się wycofać. Poddać się. Ocalić zdrowie, życie. Bo wyruszając z Obozu 3 w potwornym wietrze zaryzykowałam. Marznąc szłam kilkaset metrów (co na tej wysokości przekłada się na dłuuuugi czas). Aż doszłam do przełęczy między Pikiem Duszanbe i Pikem Komunizma, gdzie wiatr ucichł. Równie bezwietrzny okazał się cały trawers pod skalną częścią kopuły Piku Komunizma, aż do przełączki tuż pod samym szczytem Góry.

Od przełęczy pomiędzy Pikami, aż do przełączki niedaleko szczytu trasa jest bardzo eksponowana. Jeden nieuważny krok to długi lot w dół. Trzeba bardzo uważać.

Wiatr i zimno powrócił gdy znaleźliśmy się na grani szczytowej. Ale stąd było już blisko do szczytu. Trzeba było tylko pokonać wąską ścieżynkę prowadzącą do celu.

Na szczycie Piku Somoni / Komunizma (7.495m npm) stanęłam o godzinie 15.00. Z naszej szóstki szczyt zdobyliśmy wszyscy.

Platforma szczytowa okazała się dość obszerna, na tyle, że pomieściła niemal nas wszystkich: 28 osoby. Szczyt, który w zeszłym roku (w całym sezonie) zdobyło tylko 5 wspinaczy, w tym jeden zginął schodząc w dół, w tym roku został zdobyty przez tak liczny zespół w ciągu jednego dnia. Jak widać wszystko zależy od wielu, wielu czynników. Jedna góra, a tak rożne okoliczności. Naszym atutem była m.in. liczebność grupy i sprzyjająca (nie najgorsza) pogoda.

Jak zwykle stojąc na szczycie nie czułam radości. Już myślałam bowiem o zejściu. Szczyt to dopiero połowa drogi (i to ta łatwiejsza). Najwięcej wypadków zdarza się przy schodzeniu, bo dochodzi jeszcze już duże zmęczenie, człowiek robi się nieostrożny, a na tej wysokości niektórzy nabierają też dziwnego dystansu do ryzyka utraty życia. Niektórzy już nie myślą racjonalnie. A ja wręcz przeciwnie (co może być wadą) robię się ponad miarę bojaźliwa i ostrożna i czasami powolna….

I właśnie przez tą moją nadmierną obawę na moment zakorkowałam ścieżkę tuż poniżej szczytu. Było to miejsce strome gdzie spadać można było (w mojej ocenie na tamten moment) nie tylko w dół, ale i w przepaści po obu stronach: na prawo i na lewo. Idąc tam bez jakiejkolwiek asekuracji, wbijając czekan i raki w osypujący się miejscami śnieg wpadłam w dziwny stan. Strach w moich oczach zobaczył stojący nade mną Sirxan. On związany był ze swoim partnerem liną. Powiedział bym poczekała na nich. I wystarczyło by stworzyli mi iluzoryczną pomoc (idąc pomiędzy nimi mogłam w razie czego złapać się ich liny) bym doszła do siebie.

Znam siebie już z wielu wypraw, wielu różnych trudnych sytuacji, w których zawsze dawałam sobie radę. I wiem, że i teraz wzięłabym się w garść. Tak już mam. Ale miło było uzyskać pomoc w tym danym momencie. Bo w sumie też o takie partnerstwo w górach wysokich chodzi – czasem tylko o małe wsparcie psychiczne…

Niemal całą drogę zejścia z przełączki do Przełęczy między Pikami Komunizma i Duszanbe szłam z Wojtkiem. Szliśmy jako jedni z pierwszych. Jeszcze byliśmy dość wysoko gdy usłyszałam krzyk. Spojrzałam powyżej i zobaczyłam obu Azerów spadających kilkanaście metrów w dół. Na szczęście byli związani liną – jeden drugiego pociągnął, ale już wkrótce oboje wyhamowali zjazd. Na szczęści sytuacja skończyła się dobrze.

Z Przełęczy między Pikami do Obozu 3 miało być już blisko, ale z racji zmęczenia droga dłużyła mi się niemiłosiernie. Wkrótce dogonił mnie Piotr i przez resztę drogi szliśmy już razem (ze szczytu Piku Korżeniewskiej też schodziliśmy razem i też mi jakoś tak raźniej i bezpieczniej z nim się szło).

Do namiotu dotarłam o 19.00. Potwornie zmęczona nie mogłam jednak oddać się odpoczywaniu. Na tej wysokości trzeba jeść i trzeba dużo pić. Zwłaszcza po takim wysiłku. Od razu więc zabrałam się za gotowanie, dla siebie i dla Łukasza, który dotarł już prawie po ciemku.

Zasypiając cieszyłam się, że jutro już schodzimy. Byle niżej, gdzie więcej tlenu…

20 sierpnia 2012r.

No to teraz pomału w dół. Mój plan od początku był taki by na spokojnie dojść do Obozu 1 i tam jeszcze przenocować.

Zejście do poziomu Pamirskiego Plato okazało się bardzo męczące. Niby to już tylko w dół, ale brodzenie / zapadanie się w śniegu po kolana potrafi wyssać wiele energii. Tym bardziej gdy co jakiś czas traci się równowagę i z ciężkim plecakiem upada się na śniegu.

Już w dolej części Piku Dusznabe spotkaliśmy podchodzących do góry Pawła, Dorotę i Jadzię. Współczułam im mozolnej wspinaczki, którą my szczęśliwie mieliśmy już za sobą. Nie chcąc ich zniechęcać, ani też siać pesymizmu powiedziałam im tylko żeby nie zrobili tego błędu co my. Poradziłam im by raczej rozbili sobie jakiś obóz pośredni i dopiero jutro poszli na 6.900m npm. Nie ma co się eksploatować, gdy można Pik Somoni zdobyć na luzie rozbijając cztery obozy i atakować z większym zapasem sił.

W miejscu naszego Obozu 2 zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Większość z nas coś sobie ugotowała i po lekkim doenergetyzowaniu ruszyła na ostatnie już na trasie 300-metrowe podejście. Ja jak zwykle szłam w swoim tempie i robiłam dziesiątki zdjęć. Zawsze wychodzę bowiem z założenia, że więcej już tu nie wrócę więc muszę udokumentować wszystko co dookoła widzę. I w ten oto sposób jestem autorką niezliczonej ilości zdjęć Piku Korżeniewskiej, który z trasy na Pik Somoni prezentuje się zjawiskowo.

Gdy około 16.00 dotarliśmy do Obozu 1 na 5.300m npm ze zdziwieniem zobaczyła, że większość ekipy kontynuuje zejście. Zdziwienie moje wynikało z tego, że:

- po pierwsze: poniżej Obozu 1 rozciąga się niebezpieczny fragment ze zwisającymi serakami, które właśnie w godzinach popołudniowych najbardziej lubią się obrywać

- po drugie: zejście skalną granią wymaga dużej koncentracji, a każdy z nas był przecież już zmęczony

- po trzecie: nie ma się co spieszyć skoro helikopter zabierze nas wszystkich z Bazy dopiero 25 sierpnia

Na szczęście Łukasz podzielał moje zdanie i zgodnie postawiliśmy razem nasz namiot. Razem z nami został też w Obozie 1 Piotr, który czekał na Edka wciąż schodzącego z góry.

To była jedna z lepszych nocy podczas całej wyprawy. Wyspałam się rewelacyjnie.

21 sierpnia 2012r.

Zmęczeni codziennym topieniem śniegu na posiłek postanowiliśmy sobie z Łukaszem zafundować suche śniadanie. Już nam się nie chciało kolejny raz spędzać godziny by się napić do śniadania. Szybko się zorganizowaliśmy, zwinęliśmy namioty i razem w czwórkę (Łukasz, Piotr, Edek i ja) ruszyliśmy w dół. Pomału i rozważnie bezpiecznie dotarliśmy do jęzora lodowca. Tu zdjęliśmy raki i każdy już  w swoim tempie ruszył ostatnią prostą do bazy.

Jakoś tak jak szliśmy na Pik Somoni to trasa wzdłuż lodowca wydawała mi się krótka. A teraz dłużyła się i dłużyła. Łukasz i Piotr tak się rozpędzili, że wkrótce straciłam ich z oczu. Z drugiej strony Edka z tyłu za sobą też nie widziałam. A Bazy wciąż nie było i nie było. W pewnym momencie byłam na tyle pewna, że jestem już blisko celu, że do ciężkiego plecaka włożyłam jeszcze przeszło 1-kilogramowy kamień (to będzie taka moja pamiątka z Pamiru). Niestety okazało się, że za kolejnym wzniesieniem nadal nie widać Bazy i z tym kamlotem zrobiłam jeszcze ładny kawał drogi.

Gdy w końcu zobaczyłam Bazę byłam już bardzo zmęczona. Tym większą dla mnie niespodzianką była dla mnie traktor, który czekał na mnie na obrzeżach Polany Moskwina. Okazało się, że ciągnik ten został wysłany specjalnie po mnie przez naczelnika bazy.

Zapakowałam swój plecak na pakę i powiedziałam, że za mną idzie jeszcze Edek, żeby na niego poczekać. Czekaliśmy ok 20-25 minut. Po tym czasie kierowca – młody Tadżyk powiedział, że ruszamy i odpalił silnik.

Przejażdżka traktorem do Bazy to był jeden z najsympatyczniejszych momentów wyprawy. Taka egzotyczna i bardzo miła niespodzianka.

Jestem w Bazie. Czyli już po wszystkim. Oba cele zdobyte.

22 sierpnia 2012r.

Od rana do naszego obozowiska zaczęły się pielgrzymki dyplomatyczne w związku z pewną sprawą. Wspinacze z którymi zdobyliśmy Pik Somoni nie chcieli czekać na helikopter kolejnych trzech dni. Uznali, że skoro zrobili już swoje to teraz można zamówić helikopter na wcześniejszy termin. Jedynym problemem był fakt, że trójka naszych Polaków wciąż jest w górze. Celem licznych pielgrzymek było więc spowodowanie aby „nasza trójka” zeszła jak najszybciej do Bazy…

A tak poza tym dzień minął na lenistwie, kąpieli, praniu itp.

23 sierpnia 2012r.

Kolejny dzień lenistwa i zjadania zapasów spożywczych.

Ku radości wszystkich, „nasza trójka” zeszła do Bazy. Paweł i Jadzia zdobyli szczyt, Dorota doszła do Obozu 4 na 6.900m npm (rozbili cztery obozy).

Wieczorem w „szklarni” agencja zorganizowała uroczystą kolację. Było wręczanie kolejnych certyfikatów zdobycia szczytu, dobre jedzenie i znowu szalone tańce do rosyjskich i tadżyckich przebojów.

24 sierpnia 2012r.

Zgodnie z życzeniem większości lot helikopterem został przyspieszony. Dziś baza opustoszała zupełnie. Przez najbliższe miesiące raczej żaden człowiek się tu nie pojawi. Niedługo spadnie tu śnieg. Kolejni wspinacze pojawią się tu dopiero z rok.

Helikopter wykonał kilka lotów. 20 minut i już byliśmy w Jirgital. Znowu w cywilizacji.

25 sierpnia 2012r.

Niemal całą noc jechaliśmy samochodem z Jirgital do Duszanbe. Podróż obfitowała w wiele przygód…

Kierowca wynajętego samochodu wysadziła nas przed hotelem w centrum Dusznabe o 4.00 rano. Do 6.00 czekaliśmy na rozpoczęcie nowej doby hotelowej.

Wylot do Polski mamy 27 sierpnia czekały nas więc w stolicy jeszcze dwa dni, które ja postanowiłam wykorzystać maksymalnie.

Gdy już dostaliśmy się do pokoju hotelowego wzięłam prysznic i po śniadaniu ruszyłam w trasę. Najpierw pospacerowałam sobie po centrum miasta. Trafiłam do dziwnego parku rozrywki, gdzie mieści się też małe zoo. Potem udałam się do oddalonego 30 km od Dusznabe miasteczka Hissar. To tutaj mieszczą się ruiny wspaniałej twierdzy, które dziś są też obowiązkową destynacją dla świeżo pobranej młodzieży. Będąc tam kilka godzin byłam świadkiem kilkunastu procesji ślubnych. Bardzo ciekawe.

26 sierpnia 2012r.

Postanowiłam sobie za cel przejście całej ulicy Rudaki. Rudaki to tutejszy poeta, nieżyjący już oczywiście wieszcz. Jego imieniem nazwana została główna promenada miasta. Przejście jej w ok 30-stopniowym upale okazało się dość męczącą przyjemnością – bowiem ulica ta ma 6 km. Miałam jednak cały dzień i przysiadając co jakiś czas w cieniu, wychładzając się zimną colą w końcu doszłam do stojącego na końcu drogi pomnika samego Rudaki. Z powrotem jednak wróciłam już trolejbusem.

Przed wieczorem zaliczyłam jeszcze tutejszy bazar gdzie objadłam się lokalnymi specyfikami. Wygłodniała owoców rzuciłam się na soczyste winogrona i słodkie brzoskwinie…

27 sierpnia 2012r.

Jeszcze czekając w poczekalni poczułam się fatalnie. Stojąc do kontroli paszportowej zrobiło mi się słabo. Czekając na samolot w zatłoczonej sali o mało nie zemdlałam i wezwano do mnie pomoc medyczną. Tak właśnie skończyła się moja dwudniowa wyżerka w Dusznabe. Czymś musiałam się zatruć. W efekcie cała podroż powrotna do Polski i potem do Poznania okazała się katorgą…

Poza ogólnym osłabieniem zauważyłam u siebie jeszcze jedną dziwną sprawę: straciłam smak. Prawie wszystko smakuje mi jak krem do rąk. Czekolada, maliny, salami – nie ma znaczenia co jem wszystko smakuje mi tak samo nijako. Nie wiem czy to jest objaw przebywania na dużej wysokości (pierwszy raz coś takiego mi się przytrafiło, nawet na Mount Everest takiego czegoś nie miałam). Nie wiem czy powinnam to teraz leczyć, czy też jest to kwestia czasu i smak sam niedługo do mnie wróci….

EPILOG

Jestem już w Polsce. Dopiero po paru dniach przychodzi satysfakcja z powodzenia Wyprawy. Teraz już z perspektywy czasu mogę się pokusić na pewne podsumowania:

- pamirskie siedmiotysięczniki to wymagające cele górskie dla doświadczonych wspinaczy;

- realizacja celu (wejście na oba szczyty) była możliwa nie tylko dzięki konsekwentnemu parciu do góry, ale dzięki sprzyjającym okolicznościom:  dobra / w miarę stabilna pogoda,  fakt, że na obu szczytach działały agencje, które rozwiesiły w kluczowych miejscach poręczówki (ułatwiło to i przyspieszyło wejście na oba szczyty) oraz masowy atak na

Pik Komunizma (duża grupa to moc potrzebna przy torowaniu w głębokim śniegu);

- najważniejsze w górach jest by jechać ze sprawdzoną, mało liczebną grupą (skład do 4 os) – zapewnia to dobrą komunikację, współpracę i wsparcie

Pamir Expedition - sponsorzy i patroni medialniZdjęcia z wyprawy i opisy zdjęć na oba szczyty na http://magdalenaprask.pl/pik-somoni-komunizma-2/ oraz http://magdalenaprask.pl/pik-korzeniewskiej/


Poprawiony: poniedziałek, 12 listopada 2012 17:28